— Czekaliśmy umyślnie na pana z obiadem i natychmiast podadzą.
— Panie! — zaczął poważnie Orłowski po wyjściu Janki, biorąc go za ręce. — Winienem ci więcej niż wdzięczność, bo życie córki i swoje; bo gdybyś był nie podał depeszy o chorobie Janki, nic byłbym nie wiedział; nie pojechałbym, onaby umarła i jabym nie żył. Chciałem dawno podziękować panu za jego dobroć, a że nie mogłem, czynię to teraz całą duszą i proszę: rozporządzaj mną w zupełności, pozwól sobie czem wywdzięczyć.
— Niech... — powstrzymał się. — Jeśli usłyszę jeszcze jedno słowo podziękowań, to słowo honoru daję, że, chociażby pieszo, w tej chwili uciekam.
— No, to pozwól się pan chociaż ucałować.
— O, to, to i owszem, tego możemy używać!
Ucałowali się serdecznie.
— Zrobiłem tylko to, co zrobić byłem powinien. Ludzie poto żyją w jakimś statku, aby pomagać sobie, jest to najczystszy egoizm, bo co dzisiaj zrobię Piotrowi, to Piotr dla mnie jutro, uważa pan dobrodziej? Ależ to piękny krajobraz! — zawołał, przystępując do okna i patrząc na lasy, oświecone księżycowem światłem.
Orłowski przyglądał mu się bacznie; jakieś przykre podejrzenie, które napróżno chciał stłumić w sobie, niepokoiło go. Przez cały obiad prawie się nie odzywał, tylko z chciwością chwytał ich spojrzenia i słowa, śledził uśmiechy, słuchał ze skupieniem, ale nie mógł złapać nic podejrzanego, bo w ich zachowaniu się była tylko wielka przyjacielska zażyłość, pełna szacunku i życzliwości.
— Niedługo byłem w Radomskiem — opowiadał Głogowski. — Mój chlebodawca zaczął mi mówić:
„Niech siada, niech weźmie, niech uważa na synków”. Skończyłem z nim w ten sam sposób, powiedziałem: