— A bo widzi panna... przyjechał ten Witowski, i zabrał go ze sobą. Ja się go zawsze tak boję, że uciekam, bo to wygląda kiej czysty antychryst, więc i starego nie zatrzymałam. A to ten djabeł podobno... — nachyliła się i szeptała pocichu, rzucając przeciągłe spojrzenia na Andrzeja, który czuł się nieco skrępowany obecnością Głogowskiego i spoglądał na niego niebardzo przyjaźnie.
— Gdzieś musiałem widzieć tego śledzia! — myślał, podkręcając wąsów.
— To mięso jest mi skądś znane, ale skąd? — snuło się Głogowskiemu.
Zaczęli spoglądać na siebie z niechęcią.
Orłowski przysiadał się do nich kolejno i rozpoczynał rozmowę, ale się nie kleiła, bo Głogowski zadumywał się, a Andrzej nieznacznie patrzył na matkę, która coś żywo opowiadała Jance i wskazywała go brodą, a zresztą, był jeszcze głęboko wzburzony kościelną sceną, bo to, co usłyszał na konto Janki od znajomych — a nikt mu nie szczędził szczegółów i uwag, bo nie zdradził się ani jednem drgnieniem, jak bardzo go to obchodzi — darło poprostu wnętrzności jakby sierpem. Patrzył teraz co chwila w jej twarz, szczególniej dzisiaj piękną i rozjaśnioną, i uspokajał się nieco, ale znowu ten Głogowski! Co za jeden, skąd się oni znają? Niepokój w nim rósł i niechęć. — Może konkurent? — myślał, i tak go ta myśl ugryzła, że się raptownie zwrócił do niego.
— Skąd ja pana znam? — zapytał Głogowski prosto, uprzedzając.
— Nie wiem i nie będę z pewnością myślał o tem — odpowiedział Andrzej szorstko.
— A, pamiętam! Był pan latem u panny Janiny w Warszawie. Przyszliśmy całą bandą po nią, bo jechaliśmy na majówkę, pan zaraz wyszedł.
— Tak, ale ja pana sobie nie przypominam — mówił z pewną złością; ale uderzony tem przypomnieniem, przysunął się bliżej i spojrzał mu w oczy. — Pan zna pannę Janinę z teatru?
— Tak, i z teatru, i z za kulis, i z domu — mówił wolno Głogowski, bo mu się wydał dosyć zabawnym sposób, w jaki go traktował Andrzej.