— Pan jest aktorem? — zapytał Grzesikiewicz twardo, i spojrzał na niego pogardliwie.

— Cofnij pan ten uśmiech nieskończonej pogardy, bo, niestety, nie mnie się należy, nie jestem aktorem, jestem tylko dotychczas dramatopisarzem, uważa pan dobrodziej?..

— Daruje mi pan, nie chciałem ubliżyć, słowo honoru na to daję, ale na wspomnienie aktorów teatru nie mogę się powstrzymać, aby nie poczuć nienawiści i wstrętu.

— Pan musi potężnie kochać i potężnie nienawidzieć — szepnął Głogowski, ciekawie przypatrując się jego silnie sklepionemu czołu i rysom ostro ciętym.

— Tak, tak, tak!.. — odpowiedział Andrzej przez zaciśnięte zęby, i oczy strzeliły mu takim silnym płomieniem woli, i taka moc rozbłysła mu w twarzy, że Głogowski aż zadrżał z radości, iż spotkał taki piękny okaz; przysunął się bliżej, żeby porozmawiać obszerniej i obmacać mu nieco duszę.

— Daruje mi pan zapytanie: dlaczego aktorów i teatru pan tak nie lubi?

— Bo cierpiałem i jeszcze cierpię przez nich.

— Więc tylko z czysto osobistych pobudek; to zmienia dosyć znaczenie.

— Nie, panie, to nic nie zmienia. Ponieważ coś robi mi źle, więc to coś nienawidzę całą duszą.

— Ale dla drugich to samo może być dobrem.