— To drugich obchodzi, dla mnie jest złem, więc jest złem — powiedział z naciskiem.

— Jędruś! — zawołała stara.

Jędruś poszedł do matki i zaraz wyszedł do przedpokoju po chusteczkę, której stara zapomniała w kieszeni okrycia.

— Pyszny okaz nieuspołecznionego jeszcze bydlęcia, pierwotniaka! pyszny! — myślał Głogowski z zadowoleniem, bo nienawidził ludzi zlepionych z kompromisów. — Jedna bryła, być może, że tylko glina, ale czysta, bez wiórów we łbie.

Andrzej usiadł na dawnem miejscu zpowrotem, ale nie mówił nic, patrzył na Jankę, której Janowa przyniosła heljotropowy bilecik. Przeczytała go, szepnęła coś potakująco Janowej, ale podniosła się i przystąpiła do ojca, który siedział jakiś zmieniony, oglądał się często dokoła, przecierał czoło, gryzł brodę i zapadł w zamyślenie.

— U Zaleskich są goście: Osiecka, Zosia i Świerkoski. Zaleska mi to pisze i prosi o pożyczenie nakrycia, ale przyszła mi myśl: możeby wszystkich zaprosić do nas, byłoby weselej; jak ojciec uważa? — szeptała cicho.

— Dobrze, zaraz pójdę ich prosić; bardzo dobrze, urządzimy sobie preferansa.

— Ile razy pan Głogowski powiedział panu: niech zdechnę? — zagadnęła, zatrzymując się przed Andrzejem.

— Doprawdy, że nie zauważyłem.

— Oho! niech zdechnę już umarło! Odzwyczaiła mnie od niego narzeczona.