— Ma pan narzeczoną, no, no...

— Miałem, miałem, ale piękne sny trwają krótko! — śmiał się Głogowski.

— W mieście, to tam pannów nigdy nie zbraknie — powiedziała Grzesikiewiczowa sentencjonalnie, poprawiając suknię i obmacując czepeczek i kolczyki.

— Rzeczywiście tak jest, tylko niema się komu z niemi żenić.

— Bo te miejskie mężczyzny, to ino tak na urwisa, aby ino zawrócić głowy, a tak do ożenku, to ich nima.

Andrzej zagryzał usta do krwi ze złości i dawał oczyma matce znaki, żeby przestała mówić, a Głogowski przysiadł się bliżej, bo chciał więcej usłyszeć. Stara zamilkła, bo wchodziło całe towarzystwo Zaleskich. Wszyscy się znali z sobą, więc tylko Głogowskiego wziął Orłowski pod rękę i przedstawiał.

— Głogowski! — mruknął dramaturg przed Osiecką, która padła na fotel i sapała niby lokomotywa.

— Głogowski! — i spojrzał ciekawie na Zosię, zarumienioną i dygocącą po pensjonarsku.

— Głogowski! — uścisnął wąską, obciągniętą w lapisową rękawiczkę, dłoń Zaleskiej.

— Głogowski! Głogowski! — szepnął już ze złością Zaleskiemu i Świerkoskiemu. Kiwnął się raz jeszcze do próżni, puścił ramię Orłowskiego, splunął i stanął przy fortepianie obok Janki. — Co, mógłbym być lokajem, grzbiet mam wygimnastykowany — szepnął. — Wie pani, że z powodu tych przedstawień, których nienawidzę, zerwę z ludźmi, bo czuję się wtedy, jak się czuć musi małpa, oprowadzana na obroży i ustrojona w sukienkę. Ta bułeczka, to ładna — wskazał nieznacznie na Zosię.