— Panno Janino, może pani nam co zagra! — prosił słodko Zaleski, pochylając się przed nią, aż pokazał cały przedział włosów, od czoła do karku.

— Przy pani Stefanji nie ośmieliłabym się nigdy.

— Zbyt łaskawą jest szanowna pani, doprawdy, że dobrze mówię, iż zbyt łaskawą. — Pochylił się znowu w ukłonie, wykręcił się, musnął wąsików, wyciągnął mankietki, poprawił krawatu i posunął się do Zosi.

— To małpa, stworzona na amanta ogródkowego. Stroi takie miny, jak Wawrzek albo Władek; przypomina pani sobie?

Janka skinęła głową; spojrzała gdzieś przed siebie i odeszła.

— Panowie, a możebyśmy tak partyjkę preferansa urządzili — proponował Orłowski.

— Jeśli panowie tego, to ja i wszem — zamruczał Świerkoski, który w czarnym surducie, sztywny i z miną psa od dwóch dni głodnego, siedział przy Zosi i patrzył na Jankę.

— Ja nie gram zupełnie — powiedział Głogowski.

— Więc... ja, Świerkoski, Zaleski i może pani dobrodziejka — zwrócił się do Osieckiej.

— Owszem. Po śmierci ś. p. mojego męża, to jedyna rozrywka jego biednej, samotnej wdowy... a może i pani zagrałaby z nami?