— O nie; ja nawet kartów nie znam.

Popowstawali wszyscy mężczyźni, bo w sąsiednim, Orłowskiego pokoju, szykowano stolik i zapalono świece. Świerkoski swoim cichym i krętym chodem spacerował po pokoju, liczył wszystkich, kombinował jakieś cyfry, latał oczyma ustawicznie to za Janką, która się krzątała po ojca pokoju, za Andrzejem, rozmawiającym z Zaleskim, to za Głogowskim, który stał na środku saloniku z rękoma w kieszeniach i odrzuconemi wtył ramionami, z przegiętą nieco głową, i przypatrywał się Zosi, szczebiocącej do Zaleskiej.

— Któż dzisiaj pełni służbę, bo widzę tutaj wszystkich — mówiła naiwnie Zosia.

— Pan Babiński z mężusiem, ale do dwunastej zastępuje go sam.

— Prawda! zapomniałam, że tu jest jeszcze pan Babiński.

— Jakże się mają wnuczki pani dziedziczki? No, tak, pani dziedziczki.

— Nie widziałam ich, jak łoni, kiej przeszłego roku — poprawiła się — moja pani Józia miała list od nich niedawno; a no, cóż, są zdrowe, uczą się...

— Prawda, jaka to miła osoba ta panna Janina?

— A juści, że prawda, moja pani, a to daleko szukać takiej panny, bo to i figurna, i piękna, i uczona. Prawdziwa pani.

— Ale i pan Andrzej jak malowanie — cedziła wolno Osiecka.