— Gdybym miała syna, to sama wybierałabym mu żonę, bo już mój ś. p. mąż mówił, że i najlepiej wychowane panny mogą... uważa pani, no mówię, że mogą wyprowadzić w pole mężczyznę. Mój ś. p. mąż znał się na tem, idę... idę... no idę... — powiedziała głośno i ze złością, podniosła się z fotelu i poszła do kart, aż się podłoga gięła pod nią.
— Panno Janino, kto jest ten pan Głogowski? Bo mężuś mówi, że bardzo rozumny...
— Literat: dramaturg i powieściopisarz — objaśniła ją Janka i poszła dalej, uśmiechając się.
— Literat! — szepnęła, poprawiając sobie odruchowo grzywkę, w subtelne kółeczka opadającą na czoło. — Dramaturg! — uśmiechnęła się czarująco. — Powieściopisarz! — przysłoniła oczy rzęsami i usiadła przy Głogowskim, który zaczął właśnie przeglądać album, leżący na stole, i przypatrywał się fotografji Janki.
— Prześliczna twarz, ma w wyrazie coś muzycznego — szepnęła, poprawiając sobie pierścionek.
— Dobre określenie! — odpowiedział żywo. — Tak, jest w tej twarzy coś rytmicznego. Pani zapewne uprawia muzykę?..
— Trochę, o ile można ją uprawiać na wsi; jest to jedyna moja przyjemność.
— Prawdopodobnie wielka.
— O, nadzwyczajna! Czyżby bez muzyki możebnem było wyżyć w Bukowcu, wpośród ludzi obojętnych na cele wyższe, na przyjemności subtelniejsze, na sztukę. Podziwiam pannę Janinę, że ona może tutaj wytrzymać, pomimo, iż jest wolna, bo ja muszę, mnie trzymają obowiązki... — westchnęła lekko.
— Mężuś, dziateczki! — westchnął współczująco.