— Panie dziedzicu dobrodzieju, wypadki chodzą po ludziach, tak, dobrze mówię, trafiają się wypadki i ludziom... ale przepraszam... — skłonił się, musnął wąsików, wyciągnął mankietki, poprawił krawat i poszedł do żonusi.
— Ależ go pan wypatroszył, niby zająca. Cały się pokazał.
— Panie, ludzi zawsze można wywrócić niby surdut, podszewką nawierzch.
— Pan się tem bawi?
— Nie, ja to obserwuję, to moja specjalność, uważa pan dobrodziej?
— Mężusiu! Henieczku! Kto to ten pan Głogowski?
— Nie wiem, żonusiu, wiem tylko, że to człowiek bardzo rozumny, bardzo światły, że tak powiem. Zaglądałaś do dzieci?
— Anusia przecież tam jest i pilnuje — powiedziała niechętnie.
— Proszę cię, żonusiu, idź zaraz i przekonaj się, czy śpią! — szepnął twardo i despotycznie, uśmiechając się jednocześnie z niezrównaną słodyczą.
— Panowie! stół gotów! — wołał Orłowski, trzaskając kartami.