— Tak, to ładne, ale co dalej?
— No, będę championem, to niedosyć? — odpowiedział z politowaniem nad jego głupotą Zaleski.
Andrzej odwrócił się nieco, bo Głogowski najpoważniej uścisnął mu rękę i rzekł prawie wzruszonym głosem:
— Panie! pozwól, abym ja pierwszy powinszował ci tego zaszczytu, jest to dla mnie prawdziwy zaszczyt powitać w panu championa nietylko Polski, ale następnie i świata całego. Panie... jakże to?.. — mówił, biorąc go za metalowy guzik munduru.
— Zaleski! Henryk Marjan Zaleski!
— Panie Henryku Marjanie Zaleski! wytrwaj pan w tak wielkim zamiarze, nie zważaj pan, że filisterja i ludzie, którym trochę brak tutaj — stuknął się w czoło — drwią z tej kołowacizny, nazywają to bezcelową zabawką, marnującą czas i zdrowie, że niektórzy doktorzy higjeniści wystąpili przeciw temu sportowi w imię zdrowia, że kobiety są przeciwne temu z jakichś swoich tajemnych racyj, drwij z tego, panie Henryku Marjanie Zaleski, i idź prosto przez przeszkody do szampjonowania, na sławę kraju i rodaków.
— Panie... panie... doprawdy, że nie dosłyszałem...
— Głogowski! Pafnucy Symforjan! — wygłosił powolnie Głogowski i rzucił szybkie spojrzenie na Jankę, która, usłyszawszy te imiona, wybuchnęła śmiechem i odwróciła się śpiesznie.
— O, panie Głogowski, najtrudniej jest usłyszeć mądre słowo zachęty. Dziękuję panu, bardzo dziękuję, a jeżeli pan kiedy zawadzi o Bukowiec, to bardzo proszę do nas na herbatkę, pogawędkę i przekonanie się o mojej jeździe.
— Ja bo miałem już przyjemność nietylko oglądać — rzekł złośliwie Andrzej, oglądając sobie rękę, zalepioną jeszcze plastrem.