— Wygodnie nam tutaj, ciepło i zacisznie!

— Ale na dworze jest okropnie. Musiałem przyjechać powozem, żeby nie zmoknąć.

— Byłeś pan u Jani?

— Pójdę dopiero, muszę u pana nabrać nieco odwagi.

— Dobrze wszystko będzie, dobrze, coś wiem o tem — zawołał wesoło, chwytając brodę zębami.

— Czy naprawdę! bo już od kilku dni nie mogę zdobyć się na odwagę. Idę.

Zawrócił od drzwi i zapytał cicho:

— A jeśli będzie: nie?

— Ależ ręczę ci, że: tak — zawołał Orłowski, wziął go w ramiona, ucałował serdecznie. — Idź, oświadcz się, w karnawale się ożenisz, no i basta. No idź, nie marnuj czasu... — popchnął go lekko ku drzwiom, które za nim zamknął i położył się znowu na sofce.

— Widzisz, smyku, mówiłeś, że z tego małżeństwa nic nie będzie — szeptał drwiąco.