— Zaczekaj! zobaczymy po ślubie, jak odejdą od ołtarza, zaczekaj... — odpowiedział sobie, ale zupełnie zmienionym głosem i głową trząsł niedowierzająco.

— Co mi gadasz! Przysięgam Bogu, że jeśli mówię, iż wszystko się stanie, jak chcę, to tak będzie.

— Niezawsze, mój naczelniku, przekonałeś się już, że na córkę liczyć nie można.

— Cicho! Janka jest najlepszem dzieckiem, przysięgam Bogu, najlepszem.

— Ho! ho! ho! — śmiał się cicho. — Najlepsza, a całe lato bujała, a teraz chciała odjechać!

— Milcz! — krzyknął i z wściekłością kopnął nogą w próżnię i rzucił się na pokój, ale sobowtór rozwiał się, zniknął; napróżno zaglądał pod sofkę, pod stoły, szukał nawet w szufladach biurka i w małej kasie ogniotrwałej, wmurowanej w ścianę; nie znalazł nikogo, ale tak był pewny, że tamten był przed chwilą, że otworzył kasowe okienko i krzyknął na Rocha, chcąc się spytać, czy kto nie szedł przez korytarz. Roch się nie zjawił, a on postał chwilę, skupiając myśli i poszedł do Zaleskiego.

Grzesikiewicz tymczasem, pomimo zapewnień Orłowskiego, szedł na górę z wielką obawą, bo sobie dokładnie uprzytomniał podobną chwilę na wiosnę, kiedy szedł tak samo się oświadczyć. Rozbierał się bardzo wolno w przedpokoju.

— Jest panna Janina? — zapytał Rocha, zdejmującego mu palto.

— Jest! a juści, gdzieby miała być! Zaraz powiem panience, że jaśnie pan przyjechali!..

— Zaczekajno — zawołał za nim. — Roch się zatrzymał. — Andrzej obciągał surdut, zapinał się, wciągał rękawiczki, muskał wąsy, przyczesywał włosy i zwłóczył wejście. — No, czegóż stoisz? — zapytał.