— A no, jaśnie pan kazali czekać...

— Tak, tak, chciałem ci dać coś, za różne usługi... tak, prawda... — Dał mu trzy ruble, Roch pocałował go w rękę i chciał starym zwyczajem objąć za nogi.

— Głupi jesteś, mój Rochu! no, idźże już sobie...

Wszedł wreszcie do saloniku. Zatrzymał się na środku, zdjął rękawiczki i niespokojnie patrzył na drzwi, prowadzące do jadalnego pokoju. Niecierpliwość i obawa ryły się ustawicznie w jego spojrzeniu. Łowił uchem najdrobniejszy szelest i wzdrygał się cały, chciał już wyjść, uciec i odłożyć wszystko na później, to znowu chciał, nie mogąc już wytrzymać, iść do pokoju Janki, ale usiadł i siedział, słuchał nawet z pewnem zajęciem dźwięków przyćmionych fortepianu Zaleskiej, która zaczęła grać zwykłe, popołudniowe ćwiczenia.

Wreszcie Janka przyszła i, witając się, poznała po jego uroczystej twarzy, że to dzisiaj się rozstrzygnie. Wskazała mu miejsce jakimś sztywnym ruchem, pobladła od wzruszenia chwilowego, bo zresztą była zdecydowana przyjąć jego oświadczyny.

— Pani wygląda dzisiaj nieco cierpiąco? — przerwał milczenie.

— Migrena... nic więcej.

— O tak, na takie straszne powietrze to nic dziwnego...

— Nic dziwnego — odpowiedziała jak echo.

— Śnieg, deszcz, wichura i zimno... — ciągnął dalej, ale język mu się plątał, był wściekły na swoją nieśmiałość, czuł, że gada najgłupsze banalności, a nie był w stanie powiedzieć nic innego.