— Tak, śnieg, deszcz, wichura i zimno! Tak — powtórzyła ciszej, odwracając oczy do okna.
A jemu chciało się uderzyć głową w kant stołu, z gniewu na siebie. Patrzył na nią błagalnie, prosił spojrzeniem, żeby mu ułatwiła wyjście z tego zaplątania, ale Janka, z niedostrzegalnym uśmiechem w oczach, udawała, że nic nie rozumie. Targał rękawiczki, zapinał i rozpinał guziki surduta, zagryzał wąs i nie mógł nic mówić, myśląc tylko z wściekłością, że może go weźmie za głupca i niedołęgę.
— Prawda, że jestem śmieszny? — zawołał szorstko.
— Nie, o, nie — powiedziała przeciągle, ale w oczach mignęły iskierki ironji — widzę tylko, że pan jakiś nieswój, jakby zakłopotany — dodała.
— Niech pani powie, że jestem ogłupiały, niby baran zbłąkany.
Roześmiała się głośno.
— Śmiejesz się pani ze mnie?
— Broń Boże, porównanie mnie to rozśmieszyło, a raczej, roześmiałam się bez przyczyny.
Podniósł się, przystanął przed nią na mgnienie i poszedł do okna.
— Była pani dzisiaj na dworze?