— Odebrał pan ostatnie listy moje?
— Odebrałem.
— I nic pan mi nie powie?
— Powiem: powinna pani była tak zrobić, jak pani zrobiła.
— Czy powinnam? — powiedziała z naciskiem, bo ją podrażniło to: powinna.
— Mniejsza o wyraz; dobrze pani zrobiła, pozostając przy ojcu. Cóżby pani miała w teatrze?.. rozkosz, sławę, nieśmiertelność?.. Nic z tego, walkę tylko, walkę marną o marność, walkę o cień, którego nikt jeszcze nie uchwycił.
— A cóż tutaj?
— Chociażby i spokojne wegetowanie.
— To jest: prawidłowość i porządek, rodzina, mąż, dzieci i obowiązki. Znam to! Zaleca mi pan to, co sam od siebie odrzuca ze wstrętem. Trochę wydaje mi się to sprzecznem...
— Niech się pani nie wydaje, bo się pani źle wydaje. Odrzucam je, bo odrzucać mogę, bo tam, gdzie jałowiec może rosnąć i żyć, tam dęby schną i umierają.