Dopiero krzyki Pepy albo wołanie niani, że takie kumedye po nocy i do psa niepodobne, zapędzały go z powrotem do łóżka.
Pomimo przeciwieństw różnych i nienawiści tajonej, była to para bardzo dobrana.
Wszystko, co nie miało związku blizkiego z teatrem, zbywali lekceważeniem i obojętnością.
Zamknęli duszę w tej malej orbicie sztucznego życia, i to im w zupełności wystarczało.
Pepa faktycznie przewodziła nad teatrem, ale nad mężem tylko pozornie, bo jej, pomimo zawiści, imponował; ale za to we wszystkich zakulisowych plotkach, intrygach i skandalach była mistrzynią.
Nigdy sobie nie zdawała sprawy z niczego, słuchała tylko instynktu chwilowego i męża czasami. Przepadała za melodramatem, za sytuacyą groźną, targającą nerwy; lubiła szeroki gest, ton mowy podniesiony i niezwykłość jaskrawie uderzającą.
Bywała często przesadnie patetyczna, ale grywała z zapałem; tak ją nieraz porywała sztuka, akcent, słowo jakieś, że po zejściu ze sceny, jeszcze za kulisami płakała prawdziwemi łzami.
Role umiała zawsze najlepiej, bo każdą wykuwała; o dzieci dbała tyle, co o starą garderobę: rodziła je — i pozostawiała mężowi i niani.
Zaraz po wyjściu Cabińskiego krzyknęła przeze drzwi:
— Nianiu, do mnie!