Niania dopiero co wróciła z kawą i chłopakami, których ledwie ściągnęła z podwórza; rozdzielała śniadanie dzieciom i obiecywała:

— Edziuś!... będziesz miał buciki... tatko kupi. Wacio dostanie garniturek, a panna Jadzia sukienkę... Pijcie dzieci!

Głaskała je po głowach, przysuwała bułki, obcierała twarze z troskliwością. Kochała je i chodziła około nich, jak około własnych dzieci.

— Nianiu — wołała dyrektorowa.

Niania nie słyszała, bo zdjąwszy najmłodszemu zabłocone buciki, szczotkowała je zawzięcie.

— Edziuś był na ulicy. Edziuś nie słucha niani... niania przyprowadzi dziada i każe wziąć...

— A jakże dziada!... Tatuś grywa dziadów, widziałem! — odezwał się powątpiewająco Wacek.

— A to zawołam żydówkę, co sprzedaje śledzie, i Edziusia i Wacia sprzedam, jak nie będziecie niani słuchali.

— Niania jest głupia!... Żydówki przecież grywa pani Wolska, to się jej nie boję.

— A kiej to będzie Żydowica prawdziwa, nie żadna kumedyantka.