— Grała ją pani prześlicznie, cudownie!...

— Komplemencista z mecenasa, niedobry i nieżyczliwy!... — kaprysiła naiwnie.

— Prawdę tylko mówię, istotną prawdę, słowo honoru!

— Proszę pani, dyć je już kole połednia — powiedziała niania, która w ten sposób przypominała gościowi, że czas iść sobie.

— Dyrektorowa do teatru?

— Tak, zajrzę na próbę, a potem wyjdę trochę na miasto.

— Pójdziemy razem, dobrze?... Po drodze załatwimy mały interesik...

Cabińska spojrzała na niego z niepokojem. Nie widział tego, bo mrugał znowu oczkami, przekładał nogę na nogę i obsadzał binokle, wciąż się zsuwające.

— Pewnie chce pieniędzy — myślała Cabińska, kiedy już szli po schodach.

Mecenas tymczasem kręcił się, uśmiechał się i szczebiotał.