Leciały drwiące i swawolne zapytania.

Mecenas nie odpowiadał, tylko w milczeniu oglądał obie dłonie.

Janka słyszała drwiny, ale ten dziwny człowiek przykuł ją wprost do krzesła; czuła, że ją ogarnia złość, i wstyd, a nie mogła ruszyć rękami, które trzymał.

Przeniknął ją jakiś dreszcz zabobonny — przed przepowiednią.

Nie wierzyła, śmiała się nieraz pogardliwie ze znajomych, pozwalających sobie gadać setne głupstwa cygankom, ale bała się czegoś nieokreślonego.

Wreszcie mecenas puścił jej ręce i powiedział do otaczających:

— Moglibyście chociaż raz nie błaznować, bo to czasami jest nietyle głupie, co nieludzkie. Przepraszampanią, że ją naraziłem, bardzo przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby ręki nie obejrzeć; to moja słabość...

Pocałował ją ostentacyjnie w rękę i zwrócił się do zdziwionej Cabińskiej.

— No, chodźmy dyrektorowo!

Jankę paliła ciekawość taka, że pomimo tylu widzów, zapytała cicho: