— Chyba tam, gdzie zwykle, do mojej cukierni.

Cabińska nic się nie pytała, dopiero, gdy usiedli w cukierni, w której stale przesiadywała codziennie po kilka godzin, pijąc czekoladę, paląc papierosy i przypatrując się ruchowi ulicznemu, zapytała się, udając obojętność:

— Cóż tam mecenas zobaczył w rękach tej sroki?

Mecenas poruszył się niecierpliwie, wsadził na nos binokle i krzyknął na posługującego chłopaka:

— Mazagran i czekolada bardzo lekka!

Zwrócił się do Cabińskiej.

— Widzi pani, to tajemnica... wprawdzie nic nie znacząca, ale tajemnica nie moja.

Cabińska nalegała koniecznie, bo przecież dość jest zawołać głośno: „tajemnica”, żeby wszystkie kobiety wyprowadzić z równowagi — ale nie powiedział nic, tylko rzucił krótko:

— Wyjeżdżam, dyrektorowo.

— A to gdzie i po co? — zapytała zdziwiona mocno.