— Muszę... wrócę za dwa tygodnie. Otóż przedtem chciałbym uregulować nasz...
Cabińska skrzywiła się i czekała, co dalej powie.
— Bo widzi pani, mogłoby wypaść, że wróciłbym dopiero jesienią, kiedy was już nie będzie w Warszawie.
„Dawno przeczuwałam, że jesteś stary lichwiarz” — myślała Cabińska, dzwoniąc w szklankę.
— Ciastek owocowych!
— ...I dlatego też wracam kochanej pani ową bransoletkę — ciągnął dalej.
— Kiedy my jeszcze pieniędzy nie mamy. Powodzenie się ciągle rwie... dawne wypłaty...
— Mniejsza o pieniądze. Niech dyrektorowa myśli, że jej na imieniny daję mały, przyjacielski upominek... dobrze, co?... — pytał, wsuwając na jej pulchną rękę bransoletkę.
— Mecenasie, mecenasie! gdybym nie kochała tak swojego Janka, to... — mówiła uradowana niezmiernie z odzyskania bransoletki darmo, ściskała mu silnie ręce i paliła go rozpromienionym wzrokiem tak blizko, że poczuł na twarzy jej oddech i zapach werweny, którą sobie twarz wycierała.
Odsunął się delikatnie i zagryzł usta, tak mu się śmieszną wydawała.