— Mecenasie, jesteś idealnym człowiekiem! najszlachetniejszym, jakiego znam!
— Dajmy pokój!... zrobiłem to dzisiaj, bo na imieninach dyrektorowej być nie mogę.
— Ani słuchać o tem nie chcę!... musisz mecenas być!
— Nie, nie mogę... mam smutne obowiązki w tym czasie. Muszę... — odpowiedział wolniej i ciszej; oczy mu zaszły jakąś mgłą ale ten sam uśmiech miał na twarzy.
— Czem ja się mecenasowi odwdzięczę za tyle dobroci?...
— Zaprosi mnie dyrektorowa na kuma.
— Szkaradnik z mecenasa!... Jakto?... już, już mecenas idzie?...
— Za dwie godziny mój pociąg odchodzi. Do widzenia!
Zapłacił w bufecie i wyszedł, przesyłając jej uśmiech jeszcze z ulicy.
Cabińska siedziała, zapatrzona w ulicę.