„Czyżby się we mnie kochał?...” — myślała, uśmiechając się do jakichś niejasnych jeszcze, ledwie rysujących się obrazów, popijając wystygłą czekoladę.

Wyciągnęła z kieszeni rolę jakąś, przeczytała parę wierszy i znowu zapatrzyła się w ulicę.

Obszarpane doróżki, zaprzągnięte w chude konie, wlokły się leniwie; tramwaje huczały, przebiegając; po trotuarach snuli się pospiesznie, gorączkowo ludzie, jak długa, nieruchoma wstęga. Jakiś szyld naprzeciwko błyszczał się w słońcu i migotał.

„Czyżby się we mnie kochał?”... — pomyślała znowu i zapadła w bezmyślną niepamięć wszystkiego.

Zegar wydzwonił trzecią: podniosła się i poszła ku domowi.

Szła wolno, spoglądając majestatycznie na tłum wymijających ją przechodniów.

W oknie cukierni Bliklego spostrzegła Cabińskiego: siedział i zamyślonym wzrokiem tonął w ulicy, nie spostrzegłszy wcale przechodzącej.

Wyprostowywała się coraz bardziej, bo coraz częściej patrzono na nią. Kupcy, subjekci, dorożkarze nawet z tej dzielnicy, znali panią dyrektorową.

Zdawało się jej, że na ich twarzach, które sobie przypominała słabo z sali widzów, jaśnieją uśmiechy zachwytów, że wszyscy szepcą z uniżonością: „Patrzcie! dyrektorowa Cabińska...”

Szła coraz wolniej, żeby się dłużej rozkoszować wrażeniem zadowolenia. Zobaczyła z daleka redaktora z Nicoletą i nagle zachmurzył się horyzont jej myśli.