Janka uczuła jakieś ściśnięcie smutne serca i zdawało się jej, że tutaj musiał koniecznie ktoś umrzeć, tak tam było cicho i tak smętnie.
Proste łóżko pod pawilonem z liliowych tiulów, upiętych bukiecikami sztucznych róż bordo, stoliczki, albumy stojące, fotografie w różnych rolach i kostyumach, zeszyty ról, porozkładane od niechcenia na konsolkach i taburetach — tworzyły całość dosyć wdzięczną, ale bardziej pretensyonalną. Czuć było, że ten pokój paradny jest tylko na pokaz, że tutaj nikt w nim nie mieszka i nie myśli.
Janka oglądała albumy, gdy weszła cicho Cabińska.
Miała wyraz cierpiący i melancholijny; upadła ciężko na fotelik, westchnęła głęboko i cichym, przebolałym głosem szepnęła:
— Przepraszam, że pozwoliłam się pani nudzić tutaj.
— Nie nudziłam się wcale, tyle tutaj rzeczy ciekawych.
— To moje sanktuaryum. Tutaj zamykam się, kiedy mi życie za bardzo dokuczy, kiedy cierpię zbyt silnie... przychodzę przypominać sobie przeszłość jasną i szczęśliwą: marzyć o tem, co już nie powróci!... — dodała, wskazując role i wieńce na ścianach.
— Pani dyrektorowa cierpiąca?... może ja przeszkadzam, bo rozumiem doskonale, że na pewne smutki i cierpienia, samotność jest najlepszem lekarstwem — powiedziała Janka ze szczerem współczuciem, poruszona dźwiękiem jej głosu i twarzą.
— Zostań pani!... sprawi mi to prawdziwą ulgę pomówić z osobą, obcą jeszcze temu światu kłamstwa i pustoty! — mówiła z emfaza, niby recytując rolę.
— Nie wiem, czy jestem godna zaufania — rzekła skromnie Janka.