Cabińska skamieniała z oburzenia; nie przeprosił ją i odjechał! Wściekłość nią zaczęła miotać; szła prędko, nie zważając już na nic i nikogo.

Podobno było tam coś pomiędzy nimi; mówiono o tem po cichu za kulisami, ale z pewnością wiedziano tylko to, że Pepa nigdy się nie obywała bez wielbicieli kilku kategoryi. Jeśli w jakiem mieście nie miała wielbiciela z pośród publiczności, to musiał być jej amantem jaki początkujący aktor o ładnej twarzy i dosyć naiwny,że pozwalał się opętać nudnej, starej i kapryśnej kokietce. Musiała mieć zawsze kogoś zaufanego, któryby chciał słuchać skarg, lamentów i serdecznych zwierzeń z przeszłości.

Cabiński nie bronił jej tego, bo go nie obchodzili nawet nieplatoniczni kochankowie żony, a drwił przy każdej sposobności z ich nieszczęsnej doli.

Cabińska, po rozstaniu się z redaktorem, wróciwszy do domu, zrobiła istotne piekło: dzieci wybiła, nianię wykrzyczała i zamknęła się na klucz w swoim pokoju.

Słyszała, że mąż przyszedł, pytał się o nią, pukał do drzwi; gdy podawano obiad, nie wyszła, chodząc gniewnie po swoim pokoju.

Wkrótce przyszła Janka. Kazała ją prosić do siebie i przywitała serdecznie, zaprowadziła do buduarku, przepraszała, że musi poczekać nim ona zje obiad; zrobiła się do niepoznania przystępną i gościnną.

Janka, zostawszy samą, z ciekawością rozglądała się po tym buduarze, bo o ile całe mieszkanie wyglądało na skład rupieci, na salę pasażerską trzeciej klasy, pełną tłumoków, waliz i kufrów, o tyle ten pokój jaśniał elegancyą, a nawet pewnym zbytkiem.

Pokój był o dwóch oknach, wychodzących na ogród, obciągnięty ciemnym, udającym brokatelę papierem z malowanymi amorkami na suficie.

Jedwabny pons w złote pasy pokrywał dziwacznie powyginane meble. Kremowy dywan, naśladujący starą włoską makatę, zaścielał całą podłogę. W złoconą skórę oprawny Szekspir, leżał na stoliczku z laki, malowanej w desenie chińskie.

Janka niewiele zwracała na to uwagi, bo całą ją pochłonęły wieńce, wiszące na ścianach z napisami na wstęgach: „Koleżance w dniu imienin”, „Znakomitej artystce”, „Od wdzięcznej publiczności”, „Dyrektorowej — od Towarzystwa”, „Od wielbicieli talentu”. Wawrzynowe łodygi i liście palmowe były pożółkłe ze starości i wisiały poskręcane, okryte pyłem. Szerokie wstęgi białe, żółte, ponsowe, spływały ze ścian, niby oddzielne kolory tęczy i krzyczały temi literami, tłoczonemi złotem, o czemś dawno przebrzmiałem. Te szumnie brzmiące napisy, wieńce poschnięte, nadawały pokojowi pozór kaplicy grobowej; szukało się jeszcze bezwiednie napisu: „Ś. p. — zmarła”... i t. d.