— Panna Falkowska obiecała mi pożyczyć, bo jeszcze nie zdążyłam sobie kupić.

— Chodź pani... może ja coś znajdę dla pani...

Poszły do pokoju, w którym się rano odbyła scena artystyczna i gdzie sypiały dzieci z nianią. Cabińska wyciągnęła z jakiejś paki jeszcze nieźle zachowany kostyum i dała go Jance.

— Widzi pani, my dajemy kostyumy, ale że wszystkie wolą mieć swoje własne, bo nasze nie mogą być przecież tak wykwintne, więc te leżą... pożyczę pani tymczasem.

— Będę i ja mieć swoje własne.

— Tak jest najlepiej, bo niezbyt przyjemnie grać w kostyumie, używanym już przez drugich.

Pożegnały się bardzo serdecznie i niania zaniosła za Janką kostyum do hotelu.

Janka przyprowadzając do stanu używalności mocno przygnieciony kostyum, myślała o Cabińskiej.

Czuła w sobie jeszcze jakąś miękkość współczucia dla tej nieszczęśliwej i bezwiedny, artystyczny podziw dla formy, w jakiej się wypowiedziała.

Tak się paliła gorączką dzisiejszego występu, że pusto jeszcze było za kulisami, gdy przyszła do teatru.