Chórzystki schodziły się wolno i jeszcze wolniej się ubierały. Rozmowy, śmiechy, ciche szepty toczyły się jak zwykle, ale Janka nie słyszała nic, zajęta ogromnie ubieraniem się.
Zaczęły jej pomagać wszystkie, wśród śmiechów, z jej niezaradności i z tego, że nie miała nawet pudru i różu.
— Jakto, nigdy się pani nie pudrowała? — pytały.
— Nie... a po co?... odpowiedziała po prostu.
— Trzeba jej zrobić twarz, bo jest za blada — powiedziała któraś.
Wzięły ją w swoje obroty.
Natarto jej twarz warstewką białej szminki, przyciemniono ją następnie różem, ukarminowano usta, podkreślono oczy pendzelkiem umaczanym w tuszu, ufryzowano włosy, pozapinano; przerzucano ją z rąk do rąk, dawano tysiące rad i przestróg.
— Wchodząc, niech pani patrzy prosto na publiczność, żeby się nie potknąć.
— A niech się pani przeżegna przed wejściem.
— I prawą nogą wchodzić na scenę.