W ostatnich czasach zbliżyła się do Stanisławskiego, bo odczuwała, że coś podobnego i w nim się dzieje; nie mówił jej tego, nie skarżył się nigdy, ale teraz, kiedy pochylił ku niej swoją chudą, żółtą twarz, pociętą drobniutkiemi, jak włosy zmarszczkami, w której żółtawe oczy płonęły ponuro; kiedy zobaczyła w nich jakiś okropny, męczący niepokój, jakąś myśl szalenie trapiącą i trzymaną w głębi i ten wyraz ust sinawych, gorzki, smutny i bezbrzeżnie znękany, była prawie pewną przypuszczenia:

— Nie tylko Majkowska... widzisz przecież, jak oni wszyscy grają!... co to jest ten ich teatr!...

— Czyś pan uważał, jak Cabińska grała dzisiaj?

— Czy uważałem?... ja to codziennie widzę, ja to dawno wiem, czem oni są... dawno!... Cóż to jest sam Cabiński?.. błazen, linoskok, któremu za moich czasów nie danoby grać lokaja!... A Władek! to artysta, co?... Bydlę, które ze sceny robi dom publiczny!... on grywa tylko dla swoich kochanek! Jego panowie są szewcami i fryzyerami, a jego fryzyerzy i szewcy są... andrusami z nad Wisły... Cóż oni wprowadzają na scenę?... Łobuzeryę, ulicę, szwargot, błoto... A Glas, co to jest?... Pijaczyna w życiu, to mniejsza, ale nie wolno prawdziwemu artyście włóczyć się z najwstrętniejszą hołotą po szynkach; nie wolno artyście wprowadzać na scenę czkawek pijackich, ani ordynarnego brutalstwa... Zobacz w Majstrze i czeladniku Żółkowskiego; to typ, skończony typ pijaka, wzięty szeroko i klasycznie; jest tam i giest i poza i mimika i jest szlachetność... Cóż Glas z tej roli robi?... robi brudnego, wstrętnego, zapijaczonego szewca najlichszego gatunku. To sztuka!.. A Pieś?... Pieś także nie lepszy, choć ma markę dobrego artysty... ale to nędza, wieczna partanina; ma humor na scenie taki, jaki mają psy, kiedy się gryzą, ale nie ludzki i nie szlachecki... i nie nasz!...

Zamilkł na chwilę i przetarł sobie oczy długą, chudą ręką, o węzłowatych cienkich palcach.

— A Krzykiewicz?... a Wawrzek?... a Razowiec?...to artyści, co?... Artyści!... Pamiętasz Kalicińskiego?... to był artysta?... starego Krzesińskiego, Stobińskiego, Felka, Chełchowskiego?... to mury łamać takimi artystami!... Czemże są ci nasi przy nich?... — pytał, nienawistnym wzrokiem wodząc po zgromadzonych — czemże jest ta banda szewców, krawców, tapicerów, fryzyerów... komedyanci, hecarze, błazny!... Tfu! na psa schodzi sztuka! Jeszcze za parę lat, kiedy my zejdziemy w dół, zrobią ze sceny szynk, cyrk, albo lamus publiczny.

Znowu zamilkł, bo dusiła go nienawiść bezsilna i gniew.

— Słyszysz?... oni mnie dają półarkuszowe role: starych dziadów, starych niedołęgów, mnie! słyszysz? mnie, com przez czterdzieści lat trzymał cały klasyczny repertuar... mnie! A! a!... syczał cicho, drąc sobie paznogciami ręce z bólu dzikiego. — Topolski!... Topolski jeden ma talent, ale co z nim robi?... Zbój jeden, syngalez, co dostaje epilepsyi na scenie, co gotów byłby nawet postawić na scenie oborę, jeżeli tego zechcą ci ich nowi autorowie... Nazywają to realizmem, a to jest tylko świństwem i łajdactwem!

— A kobiety?... zapominasz pan o kobietach!... Kto to grywa amantki i bohaterki?... kto jest w chórach?... szwaczki, kelnerki ostatnie... co sobie zrobiły z teatru parawan do nierządu. Ale to nic... potrzeba tego dyrektorom; co ich obchodzi, że nie mają talentu, inteligencyi, urody!... i grają, grają pierwszorzędne role; grywają bohaterki, a wyglądają jak pokojówki albo jak takie, co się włóczą po ulicach!... Byle handel szedł, byle pełno było w kasie, o to im idzie! — mówiła prędko i fala krwi zalała jej twarz, że poczerwieniała, pomimo grubej warstwy pudru i bielidła.

Umilkli oboje, bo im złość, nienawiść, ból skręcały i żarły wnętrzności. Nie byli w stanie znieść tego i zrozumieć i zgodzić się z tem, że ich czas przechodził, że wypierali ich nowi ludzie i nowe pojęcia; że sam ich wiek obezwładniał w tej walce ponurej i zaciętej, toczącej się bez słów i ciągle. Czepiali się ostatnich skrawków, jak topielcy. Krzyczeli na morze, że wieczny i bezustanny przypływ fal kształtował coraz inaczej brzegi. Czuli z niewypowiedzianą rozpaczą niemoc swoją, ubytek sił, zapadanie się w mroki niepamięci...