Inspicyent, który kiedyś był znanym bohaterem kilku teatrów, stara Mirowska, trzymana już teraz z łaski, przez wzgląd na jej wiek i świetną przeszłość — dopełniali obozu niedobitków starej gwardyi aktorskiej, walczącej w innych czasach, w czasach najświetniejszego rozkwitu sztuki aktorskiej — no i patrzącej na teraźniejszość sępiem okiem... Byli pod pomostem tonącego okrętu, więc nawet ich rozpaczliwych krzyków nikt nie słyszał.
Kotlicki kiwnął na Władka i zrobił mu miejsce obok siebie.
Władek, przechodząc, obrzucił Jankę ognistym wzrokiem i usiadł, trąc kolano, które mu dolegało, ilekroć siedział dłużej.
— Reumatyzm już jest, co?... a sława i pieniądze jeszcze daleko!... — zaczął drwiąco Kotlicki.
— I!... dyabli mi po sławie!... pieniądze to chciałbym mieć...
— Myślisz, że jeszcze kiedy mieć je będziesz?...
— Będę... wierzę w to głęboko. Chwilami zdaje mi się, jakbym je już czuł u siebie w kieszeni.
— Prawda, przecież matka ma dom.
— I... dzieci sześcioro i długów po kominy!... To nie to!... Ja je widzę gdzieindziej...
— Tymczasem, wedle starego zwyczaju, pożyczasz, gdzie się da, co?... — drwił dalej Kotlicki.