— Talent?... — zawołała Cabińska — Nicoleta i talent!... ha! ha! ha!... Ależ ona pokojówki grać u nas nie mogła!

— Ale w warszawskim teatrze będzie grywać drugie role.

— Warszawski teatr! warszawski teatr! to jeszcze gorsza szopka! — zawołał Glas.

— Ho! ho! wielki mi cymes, teatr warszawski i tamci ich aktorzy!... wielka mi rzecz!... Powiedzcie to tym, co nie znają go dobrze!... — krzyczał rozczerwieniony Krzykiewicz, nalewając wina właścicielce domu.

— Płaćcie nam tylko takie gaże, a zobaczycie, czem jesteśmy!

— Prawda. Pieś ma racyę... Kto może myśleć tylko o sztuce, jeżeli mu ciągle brak na życie, na komorne, jeżeli codziennie musi żreć się z nędzą, czy to usposabia do dobrej gry?...

— Fałsz! Toby znaczyło, że można zrobić artystą pierwszego lepszego pastucha, któremu tylko da się jeść! — zawołał przez stół Stanisławski.

— Bieda, to ogień, co spala drzewo, puch i wszelkie śmiecie, ale metal szlachetny wychodzi z niego jeszcze czystszym — mówił prędko Topolski.

— Gadanie... Wychodzi nie czystszym, tylko bardziej okopconym i potem rdza zjada go jeszcze prędzej... Butelka nie dlatego jest coś warta, że w niej mógł być najwspanialszy tokaj, tylko dlatego, że tam jest w niej pełno sznapsa, psia twarz!... — bełkotał niewyraźnie Glas.

— Warszawski teatr! Boże kochany! przecież tam, oprócz dwóch, trzech osób, to nędza sama, której nikt nie chciał już na prowincyi!...