Czkawka zaczęła go męczyć.

— Nie mogę... muszę wpierw te wyprowadzić w świat — szeptał Gold, biorąc szklankę z herbatą w obie ręce i popijając ją małymi łykami. — Muszę je wyprowadzić na ludzi — dodał i oczy mu się zamgliły głęboką radością tego kochania.

Krzykiewicz, przechodząc potrącił Golda tak silnie, że ten aż syknął z bólu, ale uśmiechał się do tej swojej myśli o gromadce siostrzeńców.

Krzykiewicz, jak najprzytomniejszy, bo nigdy nie mógł się upić, nie przeprosiwszy nawet Golda, pobiegł dalej.

Podchodził do gromadek, jakie się potworzyły, zniżał swoją śpiczastą głowę, rzucał kilka słów i szedł dalej. Intrygował; wygadywał okropności na zbytek Cabińskiego i roznosił w tajemnicy nowinę, że Ciepiszewski zakłada towarzystwo; dawał do zrozumienia, że wie bliższe szczegóły.

— Wiem z pewnością, że gdybyś się pan angażował do niego, oddałby zupełnie kierownictwo w pańskie ręce — szepnął do ucha Topolskiemu.

— Możesz pan wziąć, bo ja nie będę nigdy razem z Ciepiszewskim.

— Dlaczego?... Facet, co ma dobre chęci i jeszcze lepsze pieniądze... gaża pewna...

— Dlatego, że Ciepiszewski jest bałwan, że Ciepiszewski zakłada towarzystwo tylko dlatego, ażeby mieć harem i tytuł dyrektora. Zrozumiano, panie Krzykiewicz?...

— Zrozumiano, panie Topolski, że dodawszy do poprzedniego, będzie jedno nic, na które nie warto zwracać uwagi, a pieniądz zostaje pieniądzem.