Topolski odwrócił się do niego plecami i poszedł napić się wody sodowej.
Wrzało wszędzie, gdyby w ulu, kiedy młody rój szykuje się lecieć w świat.
Wszystkie przyciszone żądze, zazdrości, kłótnie i kłopoty wyłaziły na wierzch niepowstrzymanie. Mówiono głośno, potępiano bez pardonu, obczerniano bez litości, miażdżono i szydzono bez miłosierdzia. Byli już teraz sobą: nikt się nie maskował i nie krępował ramami jednej roli; wszyscy grali tysiące ról. Komedyanctwo dusz utaj miało swoją scenę, widzów i aktorów, często gienialnych.
Janka, którą trochę odurzyło wypite wino i to liczne zebranie, rozmawiała z Wawrzeckim o teatrze. Pokładał się aż ze śmiechu, tak mu się wydawała naiwną ze swoimi poglądami.
Potem Janka chodziła po pokojach, przyglądała się grającym w karty, słuchała rozmów i sprzeczek najrozmaitszych, czuła jednak, że jej czegoś brak, aby była zupełnie zadowoloną.
Marzyła kiedyś o tym świecie i ludziach, wśród których chodziła teraz; miała to wszystko, ale jej się wydało, że to jeszcze nie to, że to, co sobie utworzyła w wyobraźni, jest stokroć większem i potężniejszem, i daćby powinno głębsze zadowolenie. Ci ludzie, prócz jednego Kotlickiego, o którym zapomniała, byli tak samo podobni dla niej do publiczności. Nie mogła w nich zobaczyć artystów. Sowińska już ją objaśniła o wszystkich, opowiadając ze złośliwem zadowoleniem, że tylko Topolski i Pieś, nie wiadomo, czem byli przed teatrem, a reszta, to eks-rzemieślnicy, kantorzyści, kupczyki i t. d.
Obniżało to w jej oczach ich wartość aktorską. Teraz przyszła jej na pamięć scena ze Snu nocy letniej Szekspira.
— Ja jestem księżyc! a ja jestem lew! — mówił poczciwy stolarz, daremnie chcąc naśladować grozę i majestat króla pustyni.
— To ci sami, ci sami! — szeptała, przypatrując się towarzystwu ostrym wzrokiem poznawania. — Czyżby Szekspir drwił świadomie ze wszystkich i mówił przez usiłowania tych grubych i prostych natur, że wszyscy tak wyglądają i wszyscy są takimi tylko wobec prawdziwego artyzmu... Wszystko to miałoby być tylko nieudolną chęcią, bezwiednem dążeniem ślepców do słońca! — myślała z pewną goryczą i znowu patrzyła; chciała nieomal zobaczyć choćby tylko końce skrzydeł u jakich ramion, choćby bardzo słabe odbicie czegoś nieskończonego w oczach którejkolwiek z osób; ale widziała tylko tłum, który zdawał się mówić:
— Ja jestem mur! Ja jestem księżyc! Ja jestem Pryam! Ja jestem lew!... Nie bójcie się, my jesteśmy poczciwymi ludźmi, którym Bóg wie, po co kazano grać komedyę! Cicho! ja, jako lew zaryczę zaraz!...