— Nie, i nie dbać, do czego doprowadzi, byle nie doprowadziło do nudy.

— Proszę pani, to także flirt, tylko w innej odmianie. Ciekaw jestem, do czego panią doprowadzi ta pasya; co pani zdobędzie tą swoją nadmiernie rozpaloną energią.

— Może i zdobędę to, co chcę zdobyć — odpowiedziała ciszej, bo jakaś szarość przysłoniła jej myśli subtelną niezmiernie bojaźnią przed czemś nieznanem.

— Zobaczymy, zobaczymy... — mówił wolno i akcentując długo, postawił filiżankę na stoliczku, następnie pożegnał się z Janką i wyszedł po cichu.

W przedpokoju, kiedy rozespany Wicek podawał mu palto, usłyszał za przepierzeniem monotonnie szepczące głosiki dzieci. Uchylił płótna i zobaczył czterech chłopaków Cabińskiego, klęczących w koszulach i szepczących za nianią pacierz.

Mała, oliwna lampka, błyszcząca się przed obrazem umieszczonym nad łóżkiem niani, oświecała słabo tę grupę dzieci i starą, siwą kobietę, co z pokorą nachylała się ku ziemi, biła się mocno w piersi i szeptała łzawym głosem:

— „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata!”

Dzieci powtarzały sennymi głosikami i biły się piąstkami w piersi.

Popatrzył zdumiony i cofnął się cicho i bez śmiechu. Dopiero na schodach, jakby odpowiadając i temu obrazowi i ostatnim słowom Janki, szepnął:

— No, no! Zobaczymy, zobaczymy...