Janka poszła do buduaru, ale ją w drodze zatrzymała Niedzielska i gwałtem wciągnęła w rozmowę; dosiadł się do nich później i Władek.
Zaczęli się wszyscy rozchodzić do domów.
— Pani daleko mieszka? — zapytała Niedzielska.
— Na Podwalu, ale za tydzień najdalej przeprowadzam się na Widok.
— A to dobrze, bo my idziemy na Piwną, to będziemy szli razem...
I zaraz wyszli.
Niedzielska wzięła Jankę pod ramię, Władek szedł z boku, trochę zły, że musiał odprowadzać matkę; klął po cichu, a głośno robił melancholijne uwagi o poranku.
Cicho było zupełnie na ulicach.
Świt rozbielił mroczne głębie horyzontu, domy rysowały się już dosyć wyraźnie. Latarnie gazowe, niby złoty sznur o węzłach zbladłych płomieni, ciągnęły się nieskończoną linią i rozsiewały złotawy pył na pokryte rosą trotuary i szare mury kamienic. Świeży, jędrny powiew poranku lipcowego szedł ulicami i napawał dziwnym urokiem i spokojem. Domy i ulice stały ciche, zapadłe jeszcze w śnie nocy; czuć było, że wokoło jeszcze śpią ludzie, że trzepoczą dokoła sny swemi skrzydłami i snują się tłumnie w popielatym brzasku świtu.
W milczeniu odprowadzili Jankę do hotelu; Niedzielska z jakąś nagłą życzliwością ucałowała ją i rozeszli się.