Pokazali mi ją. Szurgot był ostatni; wszystkie kulisy nią wycierali i dlatego się właśnie zabił...

Jak ją złapałam na ulicy, to ją tak stłukłam, skopałam, zdarłam za łeb, podrapałam pazurami mordę, że mnie aż oderwali. Zabiłabym, zabiłabym, jak psa wściekłego, za mój ból, za krzywdę!... — krzyczała głośno, zaciskając pięście.

Takie jest moje życie, takie!

Przeklinam codziennie, ale zapomnieć nie mogę... siedzi mi to wszystko tu, pod piersiami...

Czasem, w nocy, to przyjdzie do mnie i stoi, z tą obwiązaną zawsze głową, a ja się aż trzęsę z żałości i serce mnie tak boli, że omało nie pęknie. Oczy już wypłakałam.

Jestem w teatrze, bo mi się ciągle zdaje, że on wróci, że się już ubiera i zaraz wejdzie na scenę... To wtedy, kiedy mnie tak napadnie, chodzę po garderobie i jestem szczęśliwa, bo zapominam na chwilę, że jego niema, że go już nigdy nie będzie, że go już nigdy nie zobaczę!...

Boże mój, Boże!... a!... to nie on winien, tylko ta... Wy wszystkie jesteście suki wściekłe, wszystkie szarpiecie serca matczyne... podłe... ostatnie!... Jak złe robaki rozgniotłabym wszystkie, mordowała... spychała w dół, w nędzę, w choroby, żebyście cierpiały tak, jak ja... żebyście się męczyły, męczyły, męczyły!...

Umilkła, dysząc ciężko; żółtą jak wosk gromniczny twarz jej napiętnowała nienawiść straszna i dzika; drgała nerwowo w długich zmarszczkach twarzy i z sinych pogryzionych ust wyła zniszczeniem i zemstą.

Janka cały czas stała, chciwie pochłaniając każde słowo, każdy gest i drgnięcie ust. Przejmowała ją głęboko tragiczność opowiadania. Prawda wstrząsająca tej boleści, tak prostej i mocnej, przegryzała jej serce bólem... Czuła to wszystko tak, jakby sama przecierpiała. Stopiła się z jej istnością tak, że płakały razem. Przenikał ją dreszcz ekstazy, miała krzyk bólu w sercu, szarpanem wspomnieniem utraty, śmierci tego najdroższego, obłęd rozpaczy bezbrzeżnej w oczach zaszklonych beznadziejnością, smętność duszy, dogorywającej w uśmiechu.

Grała, nie wiedząc prawie o tem; a później, ochłonąwszy nieco i widząc, że Sowińska siedzi pogrążona w bolesnem rozpamiętywaniu, wyszła na miasto.