Miała pełną duszę i mózg wyrazów tego bólu. Rozkoszowała się wprost tym nastrojem tragicznym, jako szczegółem przepysznym do roli jakiej.
— Matkę w Karpackich góralach, albo Matkę rodu możnaby tak grać... — myślała.
I znowu wchodziła wnętrznie w ten dramat słyszany i widziany, swoją organizacyą nawskróś nerwową.
— Już nie żył — szepnęła, bezwiednie powtarzając ten rozpaczliwy ruch szczęki i jakieś płaskie rozpostarcie rąk i opadnięcie ich bezsilne, i to piorunowe zagaśnięcie oczów w twarzy zesztywniałej w boleści nagłej.
Oprzytomniała, ale powstała w niej chęć zobaczenia wsi, zieleni... Zapragnęła ciszy i spokoju.
Tutaj, w tych murach, żyła tylko jakby połową swej duszy dusiła się w nich; zdawało się jej, że te kamienice rzucają na jej duszę jakiś szary i posępny cień, że jej zagradzają drogę i zasłaniają słońce.
Stanęła na ulicy, namyślając się, gdzie iść, gdy ktoś za nią wyrzekł:
— Dzień dobry pani!
Odwróciła się szybko. Stała przed nią Niedzielska, matka Władka, z uśmiechem na starej, poczciwej twarzy o wybladłych oczach.
Janka przywitała ją prędko i zdecydowała się nie jechać nigdzie.