— Ja się boję... to się tak gładko nie skończy. Ojciec taki gwałtowny... Ja nie wiem, jak tam pani może znosić tyle... Gdybym była na miejscu pani, to wiem, cobym zrobiła... i to zaraz, dziś, natychmiast!
— Ciekawam... niech mi pani da jaką radę.
— Wyjechałabym przed wszystkiem, żeby uniknąć hecy. Pojechałabym do Warszawy...
— No i cóż dalej? — pytała Janka ze drżeniem w głosie.
— Zaangażowałabym się do teatru i niech się co chce dzieje!
— Tak, to dobra myśl, ale... ale...
I nie dokończyła, bo dawna bezradność i dawneobawy znowu wróciły; siedziała już, nie odpowiadając Kręskiej, która widząc, że projekt jej nie zostanie wykonany, wyszła zirytowana.
Janka włożyła jakiś kaftan, filcową czapkę, kij i poszła do lasu, ale dziś nie mogła się tam bezmyślnie włóczyć, ani znaleźć rozkoszy w obcowaniu z samą sobą, nawet marzyć o scenie nie mogła.
Poszła na szczyt tej góry kamienistej, skąd się otwierał rozległy widok na lasy, na wsie za nimi i na nieskończony obszar przestrzeni. Patrzyła się, ale ta cisza w przestrzeniach, niepokój, to przeczuwanie burzy, jakaś trwoga, denerwowały ją silnie. Wiedziała, że jutro coś się zdecyduje, coś się stanie takiego, czego pragnęła i bała się jednocześnie...
Wróciła o zmroku do domu. Nie rozmawiała ani z ojcem, ani z Kręską, tylko zaraz po kolacyi poszła do swojego pokoju i czytała bardzo długo Consuelo Jerzego Sanda.