— I ja z państwem wybieram się na tę wycieczkę — mówił Kotlicki do Janki. — Topolski ma tam wyłożyć jakiś plan... Będziemy opiniować razem, bo pani będzie?...
— Prawdopodobnie; a gdybym nie mogła, to i beze mnie uda się wycieczka.
— Tak, ale jabym także nie pojechał, nie miałbym już po co...
Pochylił się tak, że poczuła jego oddech na swojej twarzy.
— Nie rozumiem — rzekła, odsuwając się od niego.
— Jadę tam tylko dla pani... — szepnął ciszej.
— Dla mnie?... — spytała, patrząc się na niego bystro, przejęta akcentem jego głosu i podrażniona nagłym przypływem niechęci, wprost pogardliwej do niego.
— Tak... przecież pani mogłaś już to poznać, że kocham panią... — powiedział, ściągając usta, które mu drżały i patrzył się na nią błagalnie.
— Tam tak samo mówią, tylko, że trochę lepiej grają! — powiedziała pogardliwie, wskazując na scenę.
Kotlicki wyprostował się, jakiś cień posępny przeleciał po jego końskiej twarzy i oczy błysnęły mu groźnie.