— Moje uczucie bierze pani za komedyę?... Przekonam panią, że to nie komedya, przekonam!...

— Dobrze, ale jutro na Bielanach — przerwała, podając mu rękę na pożegnanie i nucąc jakąś piosnkę, poszła do garderoby.

Kotlicki patrzał za nią pożądliwie, gryzł usta i burzył się ze złości.

— Komedyantka! — szepnął wkońcu, wychodząc z teatru.

— Jak on kłamał?... Dobrze, ale dlaczego on śmiał mi to powiedzieć?... dlaczego?... — myślała, oburzając się zwolna i zwolna uświadamiając sobie jego postępowanie od dnia imienin Cabińskiej.

— Kocha mnie!

I uśmiechała się z pewnem uczuciem upokorzenia i buntu jednocześnie. Czuła niejasno, że on temi oświadczynami ubliżył jej godności; ubliżył jej, choćby już tem samem, że mógł ją uważać za podobną do wszystkich kobiet w teatrze.

— Cóż to jest miłość?... — snuła dalej bezwiednie pierwszy temat i patrzyła na koleżanki, ubierające się szybko, żeby jeszcze prędzej biedź na schadzki; słuchała śmiechów i szeptów, sporów, których ustawicznym tematem byli tylko mężczyźni i miłość. Uśmiechała się ironicznie z tego, ale w głębi nękało ją jedno zapytanie i jakaś pustka, jakiś brak czegoś w sobie i wszystko to denerwowało ją.

Przyszła do domu i zaraz udała się na spoczynek, ale nie usnęła, tylko słuchała szelestów, niewyraźnie napływających z ulicy. Godziny szły wolno, a ten niepokój, to przeczuwanie czegoś rosło w niej ustawicznie.

— Coś mnie spotka! — szeptała, przechodząc w słuch prawie.