Słyszała wolny odgłos kroków jakiegoś przechodnia na ulicy, później stuk kija nocnego stróża.
Zadzwonił ktoś do bramy.
— Kto to?!... — zapytała się prawie głośno, unosząc głowę, jakby chcąc ujrzeć poprzez mury, ale natychmiast zapomniała zupełnie o wszystkiem, bo tylko miała jedną myśl w mózgu:
— Co mnie spotka?...
Leżała cicho i nieruchomemi, przymkniętemi źrenicami patrzyła w jakąś przestrzeń bez końca...
Drgnęła gwałtownie i jeszcze głębiej wcisnęła się w poduszki; patrzyła wytężonemi oczyma duszy w jakieś cienie, co się rysować zaczęły przed nią. Zadrżała znowu, bo jakby uczuła spojrzenie jakieś, płynące z nieskończoności i pełne jakichś szklistych, łzawych blasków i mocy...
Usnęła... ale kiedy po jakimś czasie przebudziła się i znowu przez jakieś ciemne skojarzenie ujrzała te same cienie, czuła, że się poruszają nieznacznie, widziała je lepiej, ale nie mogła rozeznać konturów i twarzy; czuła, że są coraz bliżej. Oprzytomniała zupełnie, ale ten niepokój przeczucia jakiegoś był nie do wytrzymania. Oglądała się na wszystkie strony, bo jej się zdawało, że słyszy czyjeś kroki, że ktoś wszedł do pokoju i podchodzi do jej łóżka na palcach, że nawet nachyla się nad nią...
Zesztywniała z trwogi ogromnej, nie śmiała się ruszyć, ani odezwać, tylko myślała ciężko: Kto to?... kto?... i trzęsła się wewnętrznie od zdenerwowania.
Usnęła na dobre dopiero nad ranem, kiedy pierwsze czerwone promienie wschodzącego słońca wpadły do pokoju.