Obudziła się o wpół do jedenastej rano; Sowińska właśnie przyniosła jej śniadanie.
— Był kto do mnie?... — zapytała Janka.
Sowińska kiwnęła głową potakująco i podała list.
— Może godzinę temu dał mi go jakiś tęgi, czerwony szlagon i prosił bardzo o oddanie...
Janka nerwowo oderwała kopertę i poznała natychmiast pismo Grzesikiewicza.
„Szanowna pani! Umyślnie przyjechałem do Warszawy, aby się widzieć z panią w bardzo ważnym interesie. Raczy pani być w mieszkaniu o jedenastej, to przyjdę i zechce mi pani wybaczyć śmiałość. Przepraszam i całuję rączki. Sługa
Grzesikiewicz”.
— Co to będzie?... — myślała, ubierając się prędko. — Cóż to za bardzo ważny interes?... Ojciec!... czyżby był chory i tęsknił za mną?... O nie, nie!...
Wypiła śpiesznie herbatę, uporządkowała pokój i czekała niecierpliwie tej wizyty. Myślała z pewną radością nawet, że zobaczy nareszcie kogoś swojego z Bukowca.
— Może znowu mi się oświadczy?... — pomyślała.