I widziała jego twarz wielką, spaloną od słońca i te niebieskie oczy, tak łagodnie patrzące z pod konopnej grzywy i przypomniała sobie jego kłopotliwą nieśmiałość.
— Dobry, poczciwy człowiek! — myślała, chodząc po pokoju; ale przyszło jej na myśl znowu, że może jej ta wizyta popsuć wycieczkę na Bielany i ochłodła dla niego, postanawiając sobie rozmówić się z nim zwięźle i krótko.
— Czego on może chcieć?... — pytała siebie niespokojnie, przypuszczając najniemożliwsze rzeczy.
— Ojciec bardzo musi być chory i wzywa mnie do siebie — odpowiedziała sobie ze strachem prawie.
Stanęła na środku pokoju; tak zamroczyło ją obawą przypuszczenie, że musiałaby może wracać do Bukowca.
— Nie, to niemożebne; jabym tam już tygodnia nie wytrzymała... zresztą, wypędził mnie na zawsze...
Jakaś ciemna walka pomiędzy nienawiścią, żalemi cichem, ledwie odczuwalnem uczuciem tęsknoty, zaczynała nagle wrzeć w jej sercu.
Dzwonek zadźwięczał w przedpokoju.
Janka usiadła i czekała spokojnie. Słyszała otwieranie drzwi, głos Grzesikiewicza i Sowińskiej, wieszanie palta, łoskot przewróconej laski, a nie miała sił na tyle, aby się podnieść i wyjść naprzeciw gościa.
— Można? — zapytał głos z zewnątrz.