— Proszę — wyszeptała przez zaciśnięte obawą gardło, wstając z krzesła.
Grzesikiewicz wszedł.
Miał twarz jeszcze więcej opaloną i oczy jakby bardziej niebieskie. Musiał być wzruszony, bo szedł sztywno wyprostowany, jak skamieniała bryła mięsa, wciśnięta z trudem w surdut obcisły. Kapelusz rzucił prawie na kosz, stojący przy drzwiach i, całując Jankę w rękę, powiedział cicho:
— Dzień dobry pani...
Wyprostował się, powlókł oczyma po jej twarzy i usiadł ciężko na krześle.
— Zaledwie panią odszukałem... — zaczął głośniej i urwał nagle, a dla nabrania odwagi, chciał odsunąć krzesło, które mu tamowało ruchy, i pchnął je tak silnie, że się przewróciło.
Zerwał się rozczerwieniony i zaczął przepraszać.
Janka uśmiechnęła się, tak jej to żywo przypomniało ostatnią z nim rozmowę i niefortunne oświadczyny. I było mgnienie, w którem jej się zdawało, że to teraz właśnie ma się jej oświadczyć, że siedzą w saloniku zacisznym w Bukowcu. Nie umiała sobie wytłómaczyć wrażenia, jakie on wywierał teraz na nią tą swoją twarzą poczciwą i zmizerowaną bardzo i temi jasnemi oczyma, jakby przyniósł ze sobą echa tych pól i lasów kochanych, jarów zacisznych, słońca i bujności przyrody niekrępowanej. Rozmyślała o tem przez mgnienie oka, ale równocześnie przyszła jej pamięć wszystkich udręczeń i wygnania swojego...
Podsunęła mu papierosy i rzekła swobodnie, przerywając dosyć długie milczenie:
— Daje pan dowód niemałej odwagi i... dobroci, że po tem wszystkiem odwiedza mnie pan jeszcze...