— Pamięta pani, com powiedział wtedy, kiedyśmy ostatni raz mówili ze sobą?... — mówił, przyciszając i zmiękczając głos — że nigdy i zawsze!... Że nigdy nie przestanę i zawsze będę panią kochać.
Janka poruszyła się niecierpliwie; zabolał ją ten jego akcent głęboki i szczery.
— Przepraszam... kiedy to panią gniewa, nie powiem już o sobie ani słowa...
— Cóż tam słychać w domu? — zapytała, podnosząc na niego oczy.
— A no, co słychać?... Sodoma i Gomora! Nie poznałaby pani ojca: zrobił się już podobno niemożliwym pedantem na służbie, a poza służbą chodzi na polowania, jeździ do sąsiadów, pogwizduje... ale tak schudł, tak zmizerniał, że go poznać nie można. Gryzie go zmartwienie, jak robak.
— Dlaczego?... Jakie ojciec może mieć zmartwienie?...
— Jezus, Marya! pani się pyta: dlaczego? jakie może mieć zmartwienie?... Czy pani żartuje, czy też paninie ma ani odrobiny serca?... Dlaczego?... no, bo pani niema... no, bo usycha, jak i my wszyscy, z tęsknoty za panią!...
— A Kręska... — pytała niby ze spokojem, a wewnątrz czuła się poruszona.
— Cóż tu ma Kręska?... wyrzucił ją do dyabła zaraz na drugi dzień po wyjeździe pani; potem się podał o urlop i wyjechał... Po tygodniu powrócił, ale tak zbiedzony, taki mizerny, że go poznać nie mogliśmy. Obcy ludzie płaczą nad nim, ale pani się nie zlitowała i poszła w świat, jeszcze jaki? do komedyantów!...
Janka zerwała się z krzesła gwałtownie.