Przerwała mu prędko:

— Nie mówmy o sercach tam, gdzie one z jednej strony wcale nie wchodzą w grę, gdzie ich niema zupełnie, tylko waryactwo...

— Więc?... — zapytał wstając, bo go dusił spazm jakiegoś gniewu.

Dzwonek w przedpokoju zadźwięczał ostro, szarpnięty snać gwałtownie.

— Nie wrócę nigdy.

— Panno Janino!... niech-że się pani zlituje...

— Nie rozumiem tego słowa — odpowiedziała z naciskiem — i mówię: nigdy! chyba... po śmierci.

— Niech pani tak nie mówi, bo są chwile takie...

Nie dokończył, gdyż nagle drzwi otworzyły się szeroko i wpadła przez nie Mimi z Wawrzeckim.

— No, jazda! Niech się pani zabiera, bo zaraz jedziemy! a, przepraszam! nie zauważyłam... — zawołała Mimi, ciekawie przypatrując się Grzesikiewiczowi, który wziął kapelusz, skłonił się automatycznie i nie patrząc na nikogo, szepnął pogardliwym tonem: