Przejechali za most kolejowy i cisza ich wielka ogarnęła. Słońce świeciło jasno, ale chłód podnosił się z mętnych wód rzeki. Drobne fale, przesycone światłem, niby węże o grzbietach lśniących, pluskały się dokoła w słońcu. Długie ławice piasku podobne były do jakichś olbrzymów wodnych, wygrzewających się na słońcu żółtawymi brzuchami. Sznur tratew płynął przed nimi: retman na małem, niby łupina czółenku, lawirował przodem i coraz to rzucał okrzyk jakiś, który się rozchodził krótko i dolatywał do nich jakby splątanym tylko kłębem dźwięków... Kilkunastu flisaków poruszało automatycznie wiosłami; jakaś piosenka smutna leciała od nich i rozwiewała się ponad głowami. Cisza potem rozpościerała się jeszcze większa.
Łagodna zieleń brzegów, woda lśniąca się pasmami, jakąś połyskliwą miękkością atłasu, kołysanie lekkie łodzi, i rytmiczne uderzanie wioseł i ta melancholia, jaka się podnosiła z przestrzeni, przyciszyła wszystkich.
Ucichli i siedzieli jakby rozmarzeni milczeniem.
Można było siedzieć i nic nie myśleć, i nic nie czuć nad rozkosz życia zawieszonego w kontemplacyi. Tak było dobrze płynąć i rozmyślać o niczem.
— Nie wrócę! — myślała Janka, powracając automatycznie do tego słowa; wpatrywała się w sinawą przestrzeń, goniła okiem fale, co uciekały w dal z pośpiechem. — Nie wrócę!
Czuła, że ją samotność ogarnia szerszemi jeszcze ramionami i otacza pustką; patrzyła się w nią hardo. Żal jej, ojciec, Grzesikiewicz, wszyscy dawni znajomi, cała jej przeszłość zdawała się płynąć daleko za nią, że ich widziała już słabo w szarej mgle oddalenia, i że tylko czasami jakiś akcent prośby czy płaczu dolatywał do niej niby echo.
— Nie! nie miałaby sił zawrócić i płynąć pod ten prąd, z jakim płynęła naprzód. Ale czuła także, że jakieś łzy spływają na jej serce i rozpalają je goryczą.
Wysiedli na Bielanach w przystani statków i szli wolno pod górę.
Janka poszła naprzód z Kotlickim, który jej nie odstępował.
— Jest mi pani winną odpowiedź — powiedział po chwili, przybierając czuły wyraz twarzy.