— Cóż z tego, kiedy te marzenia już inni urzeczywistnili w części i dali im swoje nazwisko...
— Złodzieje! ukradli mi myśl! ukradli mi myśl! — krzyczał Topolski i upadł nieprzytomny na trawnik, ukrył głowę w dłoniach i przez ciężkie, spazmatyczne łkania i bełkot pijacki szeptał:
— Ukradli mi myśl!... Ratujcie! ukradli mi myśl!..... i łkał, rzucając się po trawie, jak dziecko rozżalone.
— Nie w tem, że ta myśl już jest znana, widzę niemożebność urzeczywistnienia projektu — zaczął spokojnie Głogowski — tylko w tem, że publiczność nasza nie dorosła jeszcze do takiego teatru i nie odczuwa potrzeby takiej sceny. Tymczasem dawajcie im dalej farsę, gdzie będą kozły i fikania, na pół nagi balet, kankanowe wycia, trochę zdawkowej, kuchennej czułostkowości, kupa frazesów na temat cnoty, moralności, rodziny, obowiązków, miłości i...
— Licz aż do dwudziestu...
— Jaka publiczność, takie teatry; jedno warte drugiego! — odezwała się Majkowska.
— Kto chce mieć tłum i chce nad nim panować, musi się pochlebiać i robić to, co ten tłum chce; dawać mu to, czego potrzebuje; musi być wprzód jego niewolnikiem, aby potem zostać panem — mówił Kotlicki powoli i z namaszczeniem.
— Ja-bo powiadam: nie! Nie chcę ulegać motłochowi i nie chcę mu panować; wolę iść sam...
— Pyszne stanowisko! można kpić z niego ze wszystkich do syta.
— Żeby podcinać batem i jednym mówić: głupi! drugim: podli!