— Panno Janino, proszę o herbatę! — zawołał zaperzony już Głogowski; poruszył się gwałtownie, rzucił kapeluszem o drzewo i gorączkowo wichrzył rzadką czuprynę.
— Jesteś pan zawsze siarczystym radykałem swojego chowu — rzekł z dobroduszną ironią Kotlicki.
— A pan jesteś, niech zdechnę, rybą, foką, wielorybem...
— Licz do dwudziestu!
— Piękne argumenty!... masz pan tutaj lepszy... — zawołał Wawrzecki, podając mu swoją laskę.
Głogowski powstrzymał się, popatrzył przez chwilę i zaczął pić herbatę.
Majkowska słuchała w milczeniu, a Mimi, rozciągnięta na palcie Wawrzeckiego, spała w najlepsze.
Janka podawała wszystkim herbatę i nie traciła ani słowa z rozmowy. Zapomniała już o Grzesikiewiczu, o ojcu, o rozmowie z Kotlickim; pochłaniały ją podnoszone kwestye, a marzenia Topolskiego olśniły swoją fantastycznością. Absorbowały ją zupełnie takie ogólniejsze rozmowy o sztuce i artystycznych kwestyach.
— Cóż będzie z towarzystwem? — zapytała Topolskiego, podnoszącego głowę.
— Będzie... musi być! — odpowiedział Topolski.