— Wolę takie wesołe kawały, niż pańskie mądre sztuki — szepnął Kotlicki.

— Panie... a Shelley? a Byron? — pytała Janka rozciekawiona.

— Wolę głupstwo, gdy zabiera nawet głos, niż gdyby coś robić chciało — rzucił prędko Głogowski.

— Aha, Byron!... Byron, to maszyna parowa, produkująca buntowniczą energię; lord, któremu było źle w Anglii, źle w Wenecyi z Suiciollą, bo choć miał ciepło i pieniądze, nudził się. Jest to buntownik-indywidualista, mocna bestya pasyą; pan, który się ciągle wścieka i wszystkie siły cudownego talentu zużywa na to, aby na złość robić swoim nieprzyjaciołom. Policzkował Anglię arcydziełami. Jest to potężny protestant z nudów i w osobistej sprawie.

— A Shelley?

— Shelley znowu, to boskie gadanie dla publiczności Saturna; poeta żywiołów, nie dla nas ludzi.

Głogowski zamilkł i poszedł sobie nalać herbaty.

— Słuchamy jeszcze; przynajmniej ja czekam dalszego ciągu z upragnieniem — mówiła Janka.

— Dobrze, ale będę przeskakiwał, żeby prędzej skończyć.

— Z warunkiem nie brząkania dzwonkami i bicia w tamburyn.