— Kotlicki, bądź cicho! Ty jesteś marny filister, typowy przedstawiciel swojego podłego gatunku i nie masz głosu, kiedy ludzie mówią!

— Dajcież panowie pokój, bo ja spać nie mogę — prosiła żałośnie Mimi.

— Tak, tak, bo to wcale nie zabawne! — rzekła Majkowska, ziewając potężnie.

Wawrzecki zaczął znowu nalewać kieliszki. Głogowski przysunął się do Janki i z zapałem wykładał jej swoją teoryę.

— Ibsen jest dla mnie dziwnym; on zapowiada kogoś potężniejszego, jest jakby zorzą przed wschodem słońca. A najnowsi, okrzyczani, przereklamowani Niemcy: Suderman i spółka, to głośne gadanie o małych rzeczach. Chcą przekonywać świat, że dajmy na to: noszenie majtek na szelkach nie jest koniecznem, bo można je nosić czasami bez szelek...

— Więc doszliśmy do tego — wtrącił Kotlicki —że już niema nikogo. Jeden dostał po głowie, drugi w bok, trzeci nogą bardzo grzecznie...

— Nie, panie, jestem ja! — odpowiedział Głogowski, kłaniając się komicznie.

— Zwaliliśmy gmachy dla... bańki mydlanej.

— Może tak, ale że i w bańkach mydlanych odbija się słońce...

— To napijmy się jeszcze wódki! — odezwał się Topolski, milczący dotychczas.